Stirling Range drugie podejście

Podczas wydłużonego weekendu wybraliśmy się ponownie w góry, w których już raz byliśmy w grudniu 2017. Wtedy temperatury nam nie pasowały, było za gorąco i nie dało się pochodzić czy pobyć dłużej na dworze. Teraz, na przełomie marca i kwietnia można było poczuć ulgę  🙂  Czyli 20 stopni na plusie ale odczuwalna 25.

Naturalnie zabraliśmy ze sobą nasz ulubiony namiot, który także nie znosi upałów, dwa krzesełka, mini stoliczek i plandekę.

Dla kontrastu, para która rozbiła się obok nas, miała wielki samochód typu UTE, spory namiot, wielkie materace, dodatkowe miejsca do siedzenia, kuchnia do gotowania, zadaszenie dla tej kuchni, czyli jak to się mówi „Home away from home”. Para, którą obserwowałam mimo chodem, ledwie po przyjeździe i rozbiciu namiotu, usiadła na wygodnych krzesłach bo przecież podróż siedząca,męcząca i należy się natychmiastowy odpoczynek! Należy też smażyć steki zaraz przed godziną 20.00 czyli tutejszą porą obiadową! Potem państwo Steki (bo taką im przybrałam nazwę) nie mogli spać nie wiedzieć czemu 🙂 materace sflaczały, pan Stek je pompował o 2 nad ranem głośno wyrażając swoje rozczarowanie w dosyć niewybredny sposób… Stekowa nie była zachwycona! I tak 2 noce z rzędu ta sama historia, rano bekon i kiełbaska a potem steki i pompowanie materacy 🙂

Tak też można podróżować…z tym,że tutaj w Australii zachodniej odległości to nie żarty i przydałoby się poruszać nogami po kilkuset kilometrach za kierownicą. U nas wyglądało to tak,że w ciągu 2 dni weszliśmy na 2 górki, jedna typu powiedzmy to „alpejskiego”a druga troszkę mniej wymagająca 🙂

W drodze powrotnej mijaliśmy pożar buszu. Widzieliśmy kangury w towarzystwie zawsze eleganckich strusi,szukające schronienia na polanie.

Jeszcze kilka widoków i zwracających na siebie uwagę roślin.

 

I to by było na tyle 🙂

 

Reklamy

Pemberton i wysokie drzewa

Ostatni weekend w Mandurah przypominał mi końską szarżę, tylko, że koń był mechaniczny, szarża dumna i głośna. Tak wyglądał Dzień Australii.

Flagi,ba! sztandary powiewały z wielkich toyot,fordów i jachtów dryfujących w lokalnej „Wenecji”. Zdecydowaliśmy wyjechać i spędzić te 3 dni w lesie, wśród wysokich eukaliptusów, w temperaturze umiarkowanej 🙂

Nasz cel to Pemberton, 250 km na południe,małe miasteczko położone w bardzo atrakcyjnym regionie 3 km od Gloucester National Park, w którym rosną wysokie eukaliptusy (karri trees) na które można się wspinać.

Nie tylko to…sam mikroklimat i nasączone olejkami eukaliptusowymi powietrze, śliczne widoki, mini pagórki, wszystko co sprawia, że można poczuć się wspaniale.

W parku jest 8 drzew na które można wejść (metalowe pręty wbite w drzewa tworzą drabinę która wiedzie na szczyt). Oryginalnie czyli w latach 30-40 służyło to do wypatrywania potencjalnych pożarów, teraz jest to atrakcja turystyczna.

Drzewo, na które się wspinaliśmy ma 89 metrów wysokości. Można wejść na 1/3 i zejść lub podejść na szczyt. Dla mnie 1/3 a dla Pawła szczyt.

 

Ponadto są tam też inne atrakcje: wodospady, szlaki do chodzenia, jeziorka, cudowna przyroda, zapachy i leśna cisza, która nie jest ciszą tylko brzmieniem rozmaitych ptaków, robaczków i listków.

Wycieczka = przygoda

W ciągu 9 dni przejechaliśmy 4000 km, na południowy wschód i z powrotem do Mandurah.
W drodze powrotnej, Paweł przejechał 900 km i było to naprawdę dość wymagające a ja robiłam za „zapasowe oczy” bo mi się zdawało,że tym go wspieram i w efekcie byłam zombiak!
Ale…wycieczka fantastyczna!

Pojechaliśmy na 9 dni, pod namiot. Namiot mamy top klasa, szwedzki ale robiony w drugiej Szwecji czyli w Estonii (Szwed kocha Estonię a Estończyk kocha być porównanym do Szweden) Hilleberg, to taka szwedzka firma która robi jedne z najlepszych namiotów. Nasz jest 2 osobowy na 4 pory roku i może ciut za ciepły na Australię i jej zachodnia część ale to jest nasz pierwszy „dom” przenośny i jesteśmy pod jego wrażeniem.

IMG_6484

Pierwszy przystanek to byly górki, park narodowy oddalony ok 350 km od nas.
Znikąd pojawiają się góry i tam się wybraliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się z skrzeczącym wręcz upale,żeby gotować sobie żarcie, Paweł po 5 minutach oblał się potem, było jak w piekarniku.

IMG_6477
Wyjechaliśmy 25 grudnia więc pustki były wszędzie, pole namiotowe także było puste.  W nocy (słońce tu zachodzi ok 19.20) rozchodziły się egzotyczne dla mnie dźwięki, jak na przykład ropuszkowe. Ropuszka siedziała najwidoczniej w błotku i tubalnym basem robiła cudowna melodie dla moich uszu!
Pierwszego dnia wchodziliśmy na górę o nazwie Magog, nie jest wysoka ale w siarczystym słońcu to było spore wyzwanie. Trzeba było iść po polnej jakby dróżce, obrośniętej cudownym kwieciem, potem ścieżką bardzo stromo pod górę, bez trawersów, ot wprost jak po drabinie a pod koniec jeszcze na czworaka jak pies przeciskając się przez krzaki i skały.

IMG_6500

Drugiego dnia najechało się już bogatej młodzieży i innych kamperowców. Bogata młodzież ma 20 plus lat i wielkie samochody z ośmiocylindrowymi silnikami które mogą pewnie wjechac na tą górę (na która człowiek się czworakiem wspinał).
Bogata młodzież jest bardzo pewna siebie, głośna i nie ma zmartwień poważniejszych od tych, czy tam dokąd jedzie będzie wystarczająca fala żeby na deseczce śmigać 🙂

Mycie robiliśmy w Caravan parkach bo na kampingach nie ma wody (troszkę ciurka w zlewie) a po wspinaczkowym spoconym dniu zawsze marzy się kąpiel.
W Australii zachodniej należy podróżować z woda, pitną i „brudną” czyli taką do mycia.Nie ma tu wody, panuje wszechogarniająca susza. Słońce pali wszystko .
Po kolejnej górce pojechaliśmy sobie nad ocean,żeby poczuć wiatr i bryzę, ponieważ zaczęło się robić piekielnie gorąco. Paradoks jest taki,że człowiek w Szweden miał za ciemno i zimno i nieprzyjaźnie a tutaj spostrzegłam,że przy nadmiarze słońca dostaje się również chandrę słoneczną i niemoc plus- można się zagotować więc człowiek potrzebuje czegoś pomiędzy ale ja i Paweł to mamy zawsze od jednego extremum do drugiego.
Całościowo jakbym miała podsumować to czy wolę słońce czy cień (tj. chmurę szwedzką) wybieram jednak słońce, jako że cień da się zrobić a słońca nie  🙂

Kolejnym parkiem narodowym był Fitzgerald River…położony nad oceanem południowym i słynący z niesamowitej różnorodności przyrodniczej. Zwłaszcza kwiecie i przeliczne jak ja to nazwałam „kapusty” takie roślinki co unoszą się ponad trawy i maja listki jak młoda kapustka.

tab1
Piękności i chyba nigdzie więcej nie występują tylko tutaj.
Rozbiliśmy nasz namiot na kamyczkach, na małym kempingu. Płaci się 11 $ od osoby i ta kasa idzie na rozwój Parku.Jest tylko kibel i ciurkająca woda w zlewie lub nawet nie….
Na jedzenie wyjeżdżaliśmy gdzieś, gdzie jest stolik i daszek (cień). Tam robiliśmy sobie śniadanie, kawę. Uwielbiam tą porę dnia, bezludna i tak jakby wszystko było tylko dla nas 😉

wak16
Pochodziliśmy sobie po wydmach, oczywiście a palącym słońcu. Plaże turkusowe ale są to plaże z dziką wodą, tj, prąd oceaniczny jest tak silny ze ja jako bojuch z urodzenia nie miałam śmiałości wejść głębiej! Toteż moczyłam nogi i kuperek czasem.
Ludzie przyjeżdżają tam łowić wielkie ryby (takie jak na zdjęciu ta zdechła co ma takie ponętne usta)

wak33
W regionie jest za to wiele moich koleżanek gadów i jaszczur i końskich much 😉

IMG_6561

IMG_6569

Stamtąd postanowiliśmy wydrzec do Esperance.
Esperance jest już bardzo na południu i jakieś 250 km od parku z wydmą. Jednocześnie nie wzięliśmy pod uwagę,że jest 30 grudnia,czyli dzień przed Sylwciem i całe miasto było zapchane ludźmi, nie mogliśmy znaleźć nic do spania, ani kempingu ani caravan parku, nic….

wak25
Zanocowaliśmy więc w takim tam malutkim miejscu nieopodal autostrady. Ale co to za spanie, w krzakach:) człowiek znowu się „bał”,że ktoś przylezie i mu nawciska mandatów.Tak się jednak nie stało i szczęśliwie ale bardzo zmęczeni obudziliśmy się o tej 5 rano.
Zjedliśmy sobie śniadanie na polance na której mieszkał samiec kangur, tak wielki,że gdyby chciał wstać z podkurczonych nóg na baczność, przerósłby nas pewnie o kilka centymetrów.
Kangur, samiec tej wielkości, jest ogromnie terytorialny i czuje moc, więc to my musimy się wycofać, zanim on na przykład da nam popalić swoimi pazurami ostrymi jak igły!

Esperance to miasto niewielkie ale pięknie położone. Jest tam port,laguna, wielka fala, turkusowy ocean, słone jeziora w których mieszka pewna alga nadająca im różowy kolor, potem są różne miastowe rzeczy jak: sklepiki i kawiarenki. Esperance słynie z wielkich rekinów ( rok temu jeden zabił surferkę) No i w końcu, Esperance to ostatnie miasteczko przed dziczą totalną! Dlatego,tam własnie zjeżdżają się wszyscy w porze wakacyjnej: robotnik z pobliskiej lub oddalonej kopalni, jedzie tam na wakacje swoją wielka furą z całą rodzinką, tacy ludzie jak my, którzy chcą zatankować przed dalszą podróżą. Miasto żyje głownie z turystyki.

 

caravan3

tab3

 

W ogóle odnosiliśmy wrażenie,że to miasto dla każdego: aborygen, biały, zagubiony lokales i jakiś górnik z outback, panie emerytki, elegantki i grube Dżabby które ledwie trzymają się na nogach…

Stamtąd pojechaliśmy (dalej w  desperacji szukając noclegu) do Caravan Parku, który jest już oddalony o jakieś 150 km bo słyszeliśmy,że podobno tam są miejsca. Zwykle unikamy caravan parków do spania, ale tym razem nie mogliśmy za bardzo ryzykować szukając fajniejszego noclegu wiec oto moje doświadczenie!

Caravan Park to miejsce gdzie zwykły Australijczyk jedzie odpoczywać, bierze swój wielki namiot (koniecznie taki,w którym można stać i chodzić, wysoki jak dom, bierze przyczepę kempingowa i wszystko to tacha w wielkim samochodzie z napędem na 4 koła i warczącym silnikiem. Niektórzy jeszcze ładują quady i wielkie motorówy, żeby głośniej pierdziało wszystko po naturze ale też dlatego,że taki rodzaj spędzania czasu jest im najbliższy.

wak34
W tym przypadku, było tam masę grubych ludzi, przypuszczalnie robotników zmęczonych swoją ciężką pracą. Żona robotnika ma ciążę non stop i gromadę dzieci obok siebie które różnią się między sobą tylko 1 rokiem. Kiedy już wielki namiot jest rozbity, to się jeszcze stawia cos co produkuje prąd ( pierdząc) dostawia się jeszcze dodatkowe namioty do mycia, do siedzenia, wielkie fotele rybackie.

Generalnie siedzimy w kurzu, trochę tak jakby się  namiot rozbiło w piaskownicy a  ziomal by piach rozjeździł quadem, ale to tak notorycznie!
Kurz jest wszędzie, w każdej dziurce i w mojej głowie!Dzieci latają aż się za nimi kurzy!Wielkie samochody z napędem na 4 koła prują poprzez piach na kempingu!

Wchodzę do łazienki a tam smierdzi kupa z pieluch tych dzieci co się rodzą co roku. Przychodzi pani, trzyma na ręce jakieś rozlane fałdy, patrzę a to dziecko, na nim wielka głowa i ogromne poliki,które przysłaniają dziecku oczy, toteż są tylko kreseczki.Dziecko ryczy od razu a inna pani w tej łazience,podcierając pupę swojemu synkowi,który własnie się obsrał, mówi,że też by chciała żeby jej dziecko miało takie „fałdy” i,że jest to piekne!

Trudno mi wprost uwierzyć, bo ten nalany pączek przeszedł wszelkie moje wyobrażenia o grubych dzieciach i jeszcze dodatkowo jest jakoś tak brzydki,że nie ma się nawet uczucia zachwytu nad noworodem!

Robotnik odpoczywa biernie, nie ma w tym nic dziwnego, ma ciężka pracę i potem odpoczywa siedząc, więc jest bardzo dobrze zaopatrzony w rzeczy do siedzenia. Wielkie krzesła-fotele, wielkie namioty i leżanki, wielkie samochody którymi siedząc jeździ po plaży i gdzie się da.Ma „dosłownie” :odpoczynek. Skojarzyło mi się to,że w Polsce za komuny też można było sobie kupić „wypoczynek” czyli sofę do leżenia w dużym pokoju, bo z założenia socjalistyczny pracownik się narobił i przychodził do domu odpoczywać czyli siedzieć.

Ja i Paweł to taki przeciwny biegun, wszystko w ruchu i przy użyciu własnych nóg….dlatego takie caravan parki to dla mnie zjawisko otwierające oczy na inna część społeczeństwa.Siedzącą.Często grubą.Nie mogąc się zasymilować,zaryzykowaliśmy i opuściliśmy caravan park przesypiając w nim tylko jedna noc. Postanowiliśmy podjechać ok 150 km dalej na wschód do Parku narodowego Cape Arid.

W tym regionie nie da się robić rezerwacji z dnia na dzień, tylko należy po prostu jechać i sprawdzać, czy jest nocleg czy go nie ma….
Był!
Cape Arid to duży park narodowy ale my zatrzymaliśmy się w jego mniejszej części, bo dalsze były już naprawdę poza naszym zasięgiem. Położony nad oceanem południowym, krajobraz ma półpustynny, bardzo surowy i karłowatą, skąpą roślinność.
Wszędzie pobłyskuje piach białych wydm a ze wzniesień można delektować się turkusem oceanu.
Zatrzymaliśmy się, rozbiliśmy się w sąsiedztwie węży i jaszczurek i spędziliśmy nasze dwie ostatnie noce (także Sylwestrową) w tym samym miejscu.

 


Za dnia, czyli od 6 rano trzeba było już szukać cienia, słońce bowiem jest tak mocne ze paraliżuje.
Zdaliśmy sobie prędko sprawę,że nie pochodzimy sobie tak jak byśmy chcieli wiec pozostało nam pluskanie się w oceanie.
Oczywiście,ja się niby pluskałam bo włączył mi się bojuch pierwszego dnia na widok żelowatych (ślicznie zresztą ubarwionych meduz) zrezygnowałam z bliższej konfrontacji z nimi w wodzie. Paweł za to wskoczył cały i się trochę podelektował falami.
Piach jest tak miałki i biały ze postanowiliśmy sobie wsypać trochę do słoika na pamiątkę.

wak30

IMG_6664
Dnia następnego ( Już po Sylwestrze,który spędziliśmy śpiąc od godziny 20.30 do 5.30), podjechaliśmy sobie na inna plażę, mniejsza i bezludna (przynajmniej o tak wczesnej porze).
Tam wlazłam do wody i było cudownie, skleciliśmy sobie ochronny daszek z wraku jakiejś łódeczki i było rajsko.

tab2

wak38

Na plażę wchodziło się po granitowej skale, toteż jak już z niej wychodziliśmy wiodła nas ta sama droga.
Idąc pod górę pojawili się pierwsi ludzie. Nagle patrzę, nad nami stoi wielka baba na żółto,wielka, taka jakby całą ją wypełniał gaz a rozgrzane powietrze unosiło ją od ziemi jak balon.Stoi w żółtym kapeluszu, żółtej bluzce i szortach, żółta jak osa bez pasków.Ręce na niej również się unoszą jakby pod wpływem helu czy innego gazu….
Była to”baba na żółto” typowa turystka, która nie używa ciała do poruszania, czyli nalana Dżabba!

Od tamtej pory uznałam ze nie ma co nikogo już straszyć Babą Jędzą czy inną kostuchą!
Baba w żółtym jest o wiele straszniejsza i kto wie,może ona faktycznie zjada ludzi?

 

Pod namiotem w górach i nad oceanem

Oj jak bardzo pragnęłam wakacji! Rok 2017 nie był w tym względzie specjalnie łaskawy, toteż kiedy wyruszyliśmy pierwszego dnia świąt, poczułam przygodę.

Stirling Range National Park był naszym pierwszym przystankiem.Miejsce w którym kontrastują ze sobą surowe góry i subtelnie ukwiecone polany.Dystans od Perth to ok 337 km.na południowy zachód.

W dalszej kolejności pojechaliśmy do Fitzgerald River National Park, który znajduje się 419 km na południowy wschód od Perth.Jest to jeden z największych i najbardziej botanicznie znaczących parków w Australii. Duża część roślin występuje jedynie na terenie tego parku.Jest to także raj dla wężów i jaszczurek.

W dalszej kolejności ruszyliśmy do Esperance. Jest to miasto liczące ok 9.5 tys, mieszkańców położone w porcie nad zatoką Esperance ok 720 km od Perth.

IMG_6738.JPG

tab3

Stamtąd pojechaliśmy do Cape Arid National Park, ok 100 km od Esperance. Piękny, rozległy, miejscami dziewiczy park, z bardzo surową roślinnością. Liczne plaże oferują wiele atrakcji, w zależności od sezonu: można oglądać wieloryby, cieszyć oko dzikimi kwiatami, pływać, łowić ryby.

Niech już będzie koniec roku

No i co mogę zrobić skoro już prawie od miesiąca choruję? Napisać małe podsumowanie dużego roku!Dużego pod względem skali i intensywności tego czego przyszło mi doświadczać.

Wydaje mi się,że choruję (takie tam infekcje przechodzone, płuco zawalone, potem jakaś inna wstrętna wariacja wirusa z bakterią, krąży po ciele i nie chce odejść) bo…moje ciało tak własnie reaguje na to,że ma dosyć i pragnie odpoczynku.Ale odpoczynku nie ma! i jeszcze przez kolejne 10 dni go nie będzie.

Ostatnio wróciłam pamięcią do lotu do Melbourne, podczas którego pan kapitan bez cackania się powiedział,że właśnie odłączył jeden z 4 silników.Konsekwencją tego było wylądowanie w Singapurze zamiast w Melbourne.Samolot po prostu nie dawał rady, nie miał wystarczająco siły żeby dolecieć do miejsca przeznaczenia.Tak własnie się czuje w tej chwili…Jestem w Melbourne żeby kończyć II semestr na uczelni ale nie mogę, bo muszę dbać o zdrowie na leżąco! Także skala rozterek jest ogromna. Powinnam dokończyć praktyki studenckie i skompletować wymagana liczbę godzin a zamiast tego siedzę i pisze posta na blogu!

Rok 2017 zaczęłam w Szwecji a skończę w Australii zachodniej,także kiedy o tym pomyślę, to już widzę skale doświadczeń i przygód.W Melbourne zaczęłam szkołę, poznałam nowych ludzi, znalazłam swoje ulubione miejsca w mieście, przeprowadzając się 4 razy w jego obrębie.Przede wszystkim byłam i jestem tu sama, co ma swoje plusy i minusy.Plusy bycia samej w Melbourne to jest moja własna nowa percepcja tego miasta i w sumie po trosze też kraju. Minusy to samotność w każdym możliwym wymiarze.

Nagle patrzę tylko swoimi oczami i mam swoje własne trasy i ulubione miejsca jak na przykład to…nad zatoką w Port Phillip Bay.

Tutaj się resetuję, relaksuje,pływam, chodzę, wyleguję…Uwielbiam to miejsce o każdej porze roku.

Miasto: ostatnio przechadzałam się po centrum w czasie kiedy panowały wiosenne ale siarczyste upały. Moją uwagę zwróciła choinka i dekoracje świąteczne. Naprawdę trudno jest przestawić się na Święta latem.

Poza centrum miasta szczerze delektuję się lasami deszczowymi w Victorii! Mój numer jeden to drzewo eukaliptusowe i jego zapach po deszczu.Kolejny numer jeden to lyrebird czyli lirogon i jego zmyślne melodie i dźwięki, które są nieodłączną częścią lasów tej części Australii.

melb5

Aromat lasów deszczowych działa terapeutycznie, nie mam co do tego wątpliwości i gdybym mogła dzisiaj się tam teleportować, chciałabym poddać się działaniu olejów eterycznych.

Nie przedłużając tego wpisu…nadmienię,że najtrudniejsze przeżycia związane są z długotrwałą rozłąka.W przypadku moim i Pawła to 9 miesięcy z krótką przerwą na jego lipcową wizytę.Szczęśliwym zakończeniem naszych turbulencji jest fakt,że już jesteśmy razem w jednym kraju, ale jeszcze nie razem w jednym miejscu.Paweł jest w Australii zachodniej podczas kiedy ja we wschodniej.Jak wspomniałam na początku wpisu, odliczam dni do dziesięciu!

Doczekałam odmiany

Przez ostatnie 2 lata a może ciut dłużej mieszkałam w kraju,w którym wszystko było inne, chłodne, mentalnie oblodzone, statyczne, monotonne.Biorąc pod uwagę mój i Pawła temperament i upodobania, można powiedzieć,że zafundowaliśmy sobie niezłą szkołę cierpliwości.Życie w Szwecji potrafi być ciężkie, jeśli nie jesteś zintegrowany ze społeczeństwem i nie „zeszwedzisz ” się według podanych standardów. My postanowiliśmy świadomie,że „szwedzić”się nie będziemy i wtedy zaczęło być trudniej.

Przez ten czas, wiele się nauczyłam, przede wszystkim jednego: jak spędzając większość czasu samotnie nie zwariować? Wprawdzie byłam bliska szaleństwa pod postacią głębokiego doła, zdołałam jednak przysłowiowo „nawiać”. Poleciałam na sam dół, do Australii.Nie jest to mój pierwszy raz w tym kraju,toteż teleportacja się powiodła.

W Melbourne jestem już prawie 3 tygodnie.Doleciałam z przygodami, wybierając najszybszy 22 godzinny  lot z Warszawy przez Dubaj,który zamienił się w 4 dniową podróż z przystankiem w Singapurze.

Melbourne przywitało mnie upałem,słońcem, uśmiechem.

Wprawdzie nie istnieją miejsca idealne bo tak naprawdę to od nas zależy jak się w danym miejscu zorganizujemy, ale z pewnością pewne czynniki mogą bardzo temu sprzyjać:

Na przykład: Uśmiech od obcych mi ludzi na co dzień,w sklepie, na przystanku, krótka rozmowa z kimś w kawiarni a wszystko okraszone słońcem (którego bardzo brakowało mi na północy).Każda mała rzecz cieszy bardziej, życie wydaje się o wiele prostsze.

Ten rok to kolejne zmiany dla mnie, nie tylko miejsca ale też działania.Po dłuższej przerwie zdecydowałam,że spróbuję określić się zawodowo (posiadanie australijskiego wykształcenia tu na miejscu jest bardzo pomocne jeśli nie wymagane).

Przez kilka dobrych miesięcy nie byłam też specjalnie kreatywna, nie spędzałam czasu na malowaniu, co zawsze przynosiło mi dużą radość i satysfakcję.Czuję,że to także może się niedługo zmienić.Uwielbiam australijską naturę, bardzo mnie inspiruje i nie mogę przestać się nią delektować.

Bardzo się cieszę z tej wielkiej odmiany, na którą długo i cierpliwie czekałam, jednocześnie liczę na to,że ta duża zmiana będzie nadal tak łagodnie i przyjemnie postępować jak przez ostatnie 3 tygodnie.